Górnik ZabrzeOfficial Site
Ekstraklasa
https://www.pgg.pl/kontakt/dane-teleadresowehttp://um.zabrze.pl/http://adidas.pl/footballhttps://www.sts.pl/?utm_source=kampania&utm_medium=baner&utm_content=logo_top&utm_campaign=GornikZabrze

Media o Nas: Nie możesz nigdy zapomnieć o korzeniach

02/01/2019 10:02 Autor: Górnik Zabrze powrót do listy
Media o Nas: Nie możesz nigdy zapomnieć o korzeniach

Katowicki Sport opublikował rozmowę z Józefem Wandzikiem, byłym bramkarzem Górnika, Panathinaikosu Ateny oraz reprezentacji Polski.

W październiku baner z pańską podobizną i nazwiskiem zawisł pod dachem Areny Zabrze, w klubowej Galerii Sław. Ważny to był moment w pańskim życiu?

– Ważny. To wielki zaszczyt że po tylu latach fani jeszcze mnie pamiętali; serce zapikało mocniej. Staram się nie żyć wspomnieniami, ale… kibice nie dadzą zapomnieć o przeszłości. Piszą o niej na Facebooku, wstawiają stare zdjęcia…. Inna rzecz, że Górnik to wciąż dla mnie świętość; oglądam wszystkie jego mecze na ekranie.

Ten Górnik to – zdaje się – pańska miłość od czasów dziecięcych jeszcze?

– Owszem. Wychowałem się w… Górnikach, dzielnicy Bytomia graniczącej z Zabrzem. A Górniki zawsze były za Górnikiem! Już jako dzieciak grałem w piłkę, i właśnie całą drużyną Rodła jeździliśmy na mecze przy Roosevelta, na pace starego żuka. Siedzieliśmy zawsze na trybunach na wirażu, na lewo od trybuny głównej. Dziś – po wielu dekadach od tamtych chwil – z przyjemnością wchodzę na nowy stadion. Jego zaplecze to europejski poziom, nie ma się czego klub i miasto wstydzić. A jak się czwartą trybunę dokończy, będziemy mieć prawdziwą stadionową perełkę.

Skoro Górnik był tym klubem, którym fascynował się dzieciak z Bytomia, to jakim cudem wylądował pan w Ruchu Chorzów?!

– Skauci Ruchu wypatrzyli mnie na jednym z turniejów szkół ponadpodstawowych w Chorzowie. Spodobałem się im, ale… ja chciałem iść do Górnika! Przyjechałem nawet do Zabrza, do biura świętej pamięci Mariana Olejnika, wówczas kierownika sekcji piłkarskiej „górników”. Ale nie było ani jego, ani drużyny; akurat przebywała na zgrupowanie. Nie miał mnie więc kto sprawdzić, nie było z kim porozmawiać. A działacze Ruchu byli uparci: zajeżdżali dzień w dzień pod dom rodziców. No i w końcu nakłonili mnie, bym – z prezesem Rodła, Henrykiem Hajdą – pojechał z nimi na Cichą, prosto na popołudniowy trening drużyny. Trener Leszek Jezierski i opiekujący się bramkarzami Piotr Czaja przyglądnęli się moim umiejętnościom i… zdecydowali się zatrzymać mnie od razu. Kluby dogadały się szybko. Część kwoty chorzowianie „zapłacili” w sprzęcie sportowym, ale i żywej gotówki musiało być sporo, skoro po moim odejściu Rodło z tych pieniędzy funkcjonowało 6 kolejnych lat! Na parę lat zatem kibic Górnika został piłkarzem Ruchu! I był to – nie kryję – ważny etap mojej piłkarskiej przygody. To tu zaliczyłem początki mojej profesjonalnej kariery. A lekko nie było! Trener Jezierski był z tych, co mocno dokręcali śrubę. Zgrupowanie to były kilometry marszobiegów na górskie szczyty, w dociążonych kamizelkach. Bieganie od 8.00 do 12.00, po obiedzie godzina siłowni, potem jeszcze jeden trening… Ale się i to przetrzymało; a przy okazji wykuwał się charakter.

Wspomniał pan nazwisko pana Henryka Hajdy. To postać absolutnie nietuzinkowa i niebanalna dla Rodła i dla tamtejszej piłki, prawda?

– Oj tak! „Tyjo” – bo tak go wszyscy nazywali – sam był bramkarzem, grał m.in. w Sparcie Mikulczyce i w Rodle właśnie, w Górnikach był też trenerem. A w zasadzie – człowiekiem-instytucją, dobrym duchem tego klubu. Poza pracą szkoleniową, był tam też prezesem i… gospodarzem; sam na przykład malował linie na boisku przed meczami ligowymi. Nie poddał się nawet w najtrudniejszych chwilach, gdy klubowi groził upadek. W pewnej chwili namówił i mnie na pomoc Rodłu. Pomagałem finansowo w utrzymaniu klubu, przysyłałem też Grecji sprzęt sportowy, stroje. Dzięki temu przez lata mówiono: „Górniki to najlepiej ubrany zespół w A-klasie” (śmiech). Cóż, stara szkoła wyniesiona z domu: „Nie możesz nigdy zapomnieć o korzeniach” – tej zasady nauczyli mnie rodzice.

(...)

Górnik z drugiej połowy lat 80. był wielką – jak na krajowe warunki – drużyną. Który z ówczesnych kolegów olśnił pana najbardziej swymi umiejętnościami?

– Ja widywałem w akcji na żywo jeszcze Włodka Lubańskiego i Zygfryda Szołtysika – to w tamtych czasach mogłem mówić o olśnieniach. Za moich czasów w Górniku też mieliśmy jednak wspaniałą paczkę. Na treningach piłka chodziła jak po sznurku, potem w meczach ligowych skutkowało to często powtórkami takich koronkowych akcji. Swoją drogą zaś – czasem takie gierki treningowe bywały lepsze niż mecze ligowe, przy czym nikt nogi nie odstawiał. Prawie jak… derby!

Z drugiej strony – prezes Szlachta mawiał nam wprost: „Daję ekstrapremię za wygrane różnicą trzech bramek”. No to mając taki dodatkowy bodziec, graliśmy jak z nut. Wiele było spotkań, w których przeciwnicy zagadywali na boisku: „Panowie, oszczędźcie. Skończcie już nam strzelać”. Ale dla nas – choć jako sportowcy zarabialiśmy dużo ponad średnią krajową – każdy kolejny gol był po prostu bardzo opłacalny. Za Szlachty generalnie pod względem organizacyjnym i finansowym Górnik dystansował wszystkich. grupowania, wyjazdy – wszystko miało ręce i nogi. Skala tego dystansu? Jeżeli wszystkie inne kluby były na poziomie amatorskim, to Górnik sięgał już półzawodowstwa.

Trudno było pogodzić tak wiele indywidualności i gwiazd, które się u was w tamtych latach spotkały? 

– Nie. Mieliśmy w Górniku w tamtych latach superatmosferę. Może dlatego, że każde ewentualne zarzewie konfliktu gasiliśmy natychmiast. Jak? No cóż… W klubie pani Basia prowadziła stołówkę, obiady mieliśmy na miejscu, każdego dnia – poza poniedziałkiem. Tego dnia – zwłaszcza po wygranym meczu – po porannym treningu szliśmy do karczmy na „piwko i śledzik”. To był nasz „grzeszek” owiany tajemnicą. W takich okolicznościach omawiało się mecz, dyskutowało, artykułowało pretensje. Pożyteczne były te wyjścia, w taki sposób cementowała się drużyna.

W Zabrzu też – meczem z Izraelem w eliminacjach Euro’96 – pożegnał się pan z reprezentacją. Ważny rozdział w pańskim życiu?

- Szalenie ważny. I to nie tylko dlatego, że 25 meczów w „dorosłej” kadrze bez puszczonej bramki to rekord wśród polskich bramkarzy, przed Janem Tomaszewskim.

Ale w sumie tych meczów uzbierało się tylko 52. Nie mogło być więcej?

- Pewnie by było. Ale proszę pamiętać, że jeszcze w latach 90. nie było wyznaczanych odgórnie terminów na rozgrywki reprezentacyjne. To, czy prezes zagranicznego klubu zwalniał swych cudzoziemskich graczy na zgrupowanie kadry, zależało często wyłącznie od niego. A właściciel Panathinaikosu – zwłaszcza w obliczu ważnych gier ligowych – nie chciał mnie i Krzysia Warzychy puszcza na kilkudniowe zgrupowania. Na linii PZPN – Ateny często bywała wtedy „gorąca linia”. Nie zawsze skuteczna; pamiętam, że Andrzej Strejlau w czasach swej selekcjonerskiej przygody był bardzo konsekwentny: zawodnik musiał przyjechać co najmniej trzy dni przed spotkaniem reprezentacji. My – grając w niedzielę derby z Olympiakosem – dolecieliśmy do Polski dopiero w poniedziałek, podczas gdy mecz eliminacyjny był już w środę. „Przepraszam, panowie, ale: nie mogę was wystawić” – powiedział nam wtedy selekcjoner. Takich sytuacji bywało więcej.

Co – generalnie – nie zmienia faktu, że wiele pięknych chwil w biało-czerwonym stroju pan przeżył?

– Oczywiście. Do tych 52 występów w reprezentacji narodowej trzeba przecież dodać wiele w reprezentacji juniorskiej i młodzieżowej. Na mistrzostwach świata U-20 w Meksyku w 1983 roku grałem na Stadionie Azteca, w obecności 120 tysięcy widzów. Niezapomniane przeżycie!

A propos Meksyku; fakt, że na „dorosłym” mundialu w tym kraju, trzy lata później, nie zagrał pan ani minuty, jest jakąś „zadrą”?

- Cały nasz występ jest pewną „zadrą”. Jechaliśmy tam w atmosferze stworzonej przez opinię publiczną, że będzie medal i już. Balon był bardzo napompowany, ale tak naprawdę…. nie było dobrej atmosfery w kadrze. Była grupa warszawska, grupa śląska, i… Boniek z Juventusu. A moja rola w drużynie? Cóż, trudno było rywalizować z Józkiem Młynarczykiem. To ekstrafacet i ekstrakolega, klasa sama w sobie. Nie mogłem mieć żadnych uwag do decyzji trenera o tym, że grał on, a nie ja. Co nie znaczy, że nie sprawiła mi satysfakcji nasza późniejsza rywalizacja. Po latach, gdy zagraliśmy z Porto w Lidze Mistrzów, po remisie 0:0 w Atenach, wygraliśmy na wyjeździe 1:0, choć bodaj od 13 minuty graliśmy w „dziesiątkę”. Bobby Robson powiedział wtedy: „Porto przegrało dziś z Wandzikiem”!

Pełna wersja rozmowy dostępna jest na stronie internetowej katowickiego SPORTU - TUTAJ.

Najnowsze artykuły

Skrót sparingu z MFK Karvina [Video]
Wydarzenia / 26.06.2019 19:19

Skrót sparingu z MFK Karvina [Video]

Więcej
Łukasz Wolsztyński: Każda bramka cieszy
Wydarzenia / 26.06.2019 18:37

Łukasz Wolsztyński: Każda bramka cieszy

Więcej
Środowy sparing w obiektywie
Wydarzenia / 26.06.2019 14:09

Środowy sparing w obiektywie

Więcej
Zwycięstwo w drugim sparingu
Wydarzenia / 26.06.2019 11:42

Zwycięstwo w drugim sparingu

Więcej
Vuk Sotirović: Filip to utalentowany zawodnik
Wydarzenia / 25.06.2019 18:02

Vuk Sotirović: Filip to utalentowany zawodnik

Więcej
Sparing z MFK Karvina - informacje
Wydarzenia / 25.06.2019 17:53

Sparing z MFK Karvina - informacje

Więcej